Dostałam swój przydział w szarej masie. Niestety, albo stety. I choć chciałabym iść pod prąd...póki co to nie po drodze. I tak oto codziennie rano drepczę grzecznie na stację i jak cała reszta czekam aż pociąg przyjedzie. Wsiadam. I bujam się wraz z całym pociągiem i resztą pasażerów w takt nierównych torów. Obserwuję. Wnioski? Ludzie się nie uśmiechają! Jedni śpią inni prawie śpią, a reszta z naburmuszonym wyrazem twarzy prześlizguje się wzrokiem po pozostałych. Czy ja też tak wyglądam? Mam nadzieję, że nie, a przynajmniej się staram, bo to grozi trwałym wygięciem ust w stronę podłogi. Po przejażdżce kolejką docieram do kolejnego etapu...do podziemi. I znów poruszam się wraz z tłumem podziemnymi korytarzami. Słyszałam, że bodajże w Chinach, ludzie na stacjach metra zachowują niezwykły porządek, nikt się nie pcha, nikt nie wyprzedza, gdy wychodzą z pociągu idą równym krokiem w równych odstępach. A w Polsce? Chaos! Ale szczerze mówiąc chyba wolę chaos niż takie uporządkowanie, bo jeszcze w tłumie klonów zagubiłabym siebie.
W podziemiach panuje specyficzny klimat, to taki świat POD. Mijam ludzi w garniturach i ludzi bez garniturów, młodych i starych, biegnących, idących, stojących, przeżuwających, zamyślonych, gadających i zabłąkanych. Mijam sklepy z pieczywem, mięsem, kosmetykami, perfumami, ubraniami, supermarket, księgarnię, fotografa, szewca, kebab, toaletę publiczną, kiosk, kasy biletowe, aż w końcu widzę schody, moje wybawienie. Wreszcie świerze powietrze, podziemne zapachy są naprawdę przytłaczające. Wyłaniam się z podziemi i mijam deptak-noclegownię. Noclegownię dlatego, że na każdej ławce śpią Panowie Żulowie i Panowie Kloszardowie. A zaraz potem znowu tłum: panie w szpilkach i panie bez szpilek, uniformy, krawaty, telefony, teczki. Idę dalej... teraz tylko 20 minut piechotą, ale trasa jest zdecydowanie lepsza, przyjemniejsza i atrakcyjna widokowo. Ta trasa to Chmielna, chociaż tu los się nade mną zlitował. Szary tłum został gdzieś z tyłu, rozpierzchł się w różne strony, już nie jestem jedną z nich, znów jestem sobą. Docieram do celu.
poniedziałek, 28 czerwca 2010
niedziela, 27 czerwca 2010
White lines on your mind
Leżę na podłodze, plecy bolą nieznośnie...efekt poruszania się w pozycji pół zgiętej, dopóty dopóki ostatni kłak nie zniknął z podłogi. Leżę na podłodze...obok otwarte okno balkonu i widok na niebo i inne okna. To pierwsze jest bardziej pociągające, ale widać tylko niewielki skr
awek błękitu. Mój spokój zakłóca coś, co najpierw zasłoniła mi widok, patrząc na mnie ze zdumieniem z góry, aby już za chwilę powalić się obok, zaczepiając przy tym zimnym nosem moją dłoń. Teraz mam towarzystwo...Leżymy sobie na podłodze gdy nagle coś dotyka mnie w czoło i obwąchuje. To kot. Po krótkich oględzinach odpuszcza. Nagle mój leżący towarzysz podnosi łeb i przygląda się czemuś na zewnątrz. Podążam w ślad za jego wzrokiem. Gołąb siedzi na dachu centralnie na przeciwko i gapi się na nas. My gapimy się na niego. W końcu znudzony odlatuje. Cóż nie dziwię się mu. Pies powraca do poprzedniej całkowicie leżącej pozycji. Znowu leżymy razem na podłodze. Słuchamy Reginy Spektor...Edit, edit, edit, edit, edit, edit...
awek błękitu. Mój spokój zakłóca coś, co najpierw zasłoniła mi widok, patrząc na mnie ze zdumieniem z góry, aby już za chwilę powalić się obok, zaczepiając przy tym zimnym nosem moją dłoń. Teraz mam towarzystwo...Leżymy sobie na podłodze gdy nagle coś dotyka mnie w czoło i obwąchuje. To kot. Po krótkich oględzinach odpuszcza. Nagle mój leżący towarzysz podnosi łeb i przygląda się czemuś na zewnątrz. Podążam w ślad za jego wzrokiem. Gołąb siedzi na dachu centralnie na przeciwko i gapi się na nas. My gapimy się na niego. W końcu znudzony odlatuje. Cóż nie dziwię się mu. Pies powraca do poprzedniej całkowicie leżącej pozycji. Znowu leżymy razem na podłodze. Słuchamy Reginy Spektor...Edit, edit, edit, edit, edit, edit...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
